Bambetle – słowo z bogatym bagażem (kolejowych) doświadczeń

Są cichymi towarzyszami naszych podróży. Spotkać je można wszędzie. Od szybkich składów PKP Intercity po pociągi regionalne. Upychane nad głowami, wsadzane pod siedzenia lub trzymane kurczowo na kolanach. W każdej z tych konfiguracji cierpliwie dzielą z nami trudy podróży. Prawda jest taka, że są one równie ważne, jak pasażerowie. Czym są zatem bambetle i skąd się właściwie wzięły?

Podróż bambetli do polszczyzny była dość długa i miała kilka stacji. 
Oryginalnie bambetle pochodzą z języka niemieckiego, skąd trafiły do jidysz. Stamtąd z kolei przeniknęły do polszczyzny i na dobre się w niej zadomowiły. Początkowo słowo to miało swoją formę pojedynczą. Bambetel powstał z połączenia niemieckich słów Bank (czyli ławy) i Bett (czyli łóżka). Była to rozkładana ława, która w nocy służyła do spania mniej zamożnym mieszkańcom miast i wsi. Jednak to nie ona sama nas interesuje ale rzeczy osobiste, które w niej trzymano. Z czasem to właśnie rzeczy osobiste zaczęto nazywać bambetlami i tak już zostało (mimo że ławo-łóżka już dawno wyszły z użycia).

Z bambetlami zaznajomieni powinni być także ci, którzy młodość spędzili na harcerskich wyprawach. Tym mianem określano tam bagaż, który jechał wraz ze sprzętem obozowym na miejsce biwaku. To do niego wędrowało wszystko to, co najcięższe. Swoje miejsce miały tam zatem buty, ubrania i co tylko sam zainteresowany uznał za stosowne (i czego nie chciał nosić na grzbiecie).

W czasie podróży bambetle potrafią wzbudzać skrajne emocje. Jest z nimi trochę jak z pasażerami. O ile bliscy nam nie przeszkadzają i wiele im wybaczamy, o tyle obcy potrafią działać nam na nerwy jak nikt inny. Wielka walizka w przejściu nie zawadza nam tak długo, jak długo jest nasza. Jednak kiedy należy do współpasażera potrafi być zarzewiem kolejowych konfliktów, których intensywność potrafi zawstydzić najbardziej zagorzałych pseudokibiców. Problemem bywa także życie wewnętrzne bambetli. A to potrafi być bardzo urozmaicone. Pół biedy, jeśli chodzi o rozmiar – to jeszcze można jakoś znieść. Prawda jest taka, że to zazwyczaj zawartość spożywcza bagaży bywa największym wyzwaniem w czasie wspólnych podróży. O ile większość ludzi zadowala się owocami lub w miarę neutralnymi kanapkami, o tyle bywają wielbiciele bardziej intensywnych doznań. Zwłaszcza tych smakowych i zapachowych. I tak podczas jazdy pociągiem może zdarzyć się, że natrafimy na amatorów jaj na twardo, makreli w folii lub wędzonej kiełbasy. W takich wypadkach wystarczy otwarcie bambetli, by uwolniły one cały bukiet zapachów, których w najlepszym wypadku pozbędziemy się z ubrań dopiero za trzecim praniem (z opcją podwójnego płukania).

Jak widać bambetle mogą wywołać skrajne emocje. Nie da się jednak zaprzeczyć, że podróż bez nich nie ma większego sensu. Kto to widział bowiem, by wybierać się w podróż bez swoich klamotów, manatków, pakunków lub po prostu bambetli? To one dzielnie znoszą nasze ubraniowe wybory, zamiłowanie do pamiątek i niezbyt miłe traktowanie (kto nigdy nie rzucił walizką, nich pierwszy rzuci kamień). To sprawia, że są one pełnoprawnymi podróżnymi i jako tacy powinny być traktowane. Łącznie z zapewnieniem im własnych biletów, kiedy ich rozmiary zaczynają przekraczać wymiary pasażera i przestają się mieścić na półkach. 

Dodaj swoje bambetle!

W końcu poważna wielkość wymaga poważnego traktowania. Dlatego, kiedy następnym razem spotkacie cudze bambetle, to spójrzcie na nie bardziej życzliwym okiem. To samo tyczy się własnych podręcznych towarzyszy podróży. Zadbajcie o ich i swój komfort. W końcu wszyscy jedziecie na tym samym wózku, żeby nie powiedzieć, że tym samym pociągiem.